poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Centro Historico - Zócalo, Catedral Metropolitana, Palacio Nacional

Jeden z dni zwiedzania. Wybrałem się na wycieczkę po Centro Historico - jak sama nazwa wskazuje jest to najstarsza część Mexico City. Ludzi tutaj masa, a wzdłuż każdego chodnika ustawieni się sprzedawcy zachwalający krzykiem po hiszpańsku swoje produkty. Nierzadko z jakąś dodatkową muzyką obok żeby jeszcze ciekawiej było. Istna kakofonia, której nie widziałem dotąd jeszcze nigdzie. Niemniej muszę powiedzieć, że jest to na swój sposób urocze.

Po drodze na Zócalo - jeden z największych placów na świecie - odwiedzałem co popadnie, bo a nuż coś ciekawego to będzie. W Meksyku znaczy to ni mniej, ni więcej, jak kościoły. Pełno tu ich, i każdy naprawdę nieźle ustrojony. W jednej z takich świątyń znalazłem dość mocne wyobrażenie Jezusa, podobnie jak i jakieś relikwie:



Ostatecznie dotarłem do Zócalo i całej reszty zabudowań. I zostałem porwany przez ogrom placu, budowli i ilości ludzi.

Drobny fragment całości

Budynek który widać powyżej w tle to Catedral Metropolitana - uznawana za największą katedrę w obu Amerykach. W środku jest bardzo dużo kapliczek i ołtarz w całości zrobiony ze złota.

Tak się prezentuje jego góra:


Tak dół:


A tak widać go z odległości ze stołem ofiarnym na podwyższeniu przed nim:


Przejście między ławkami - to dojście do ołtarza - jest zagrodzone dla zwykłych ludzi, a gdzieś na jego środku dodatkowo znaleźć można jakieś urządzenie, związane zapewne z szerokością geograficzną albo pozycją słońca...


No i jeszcze przykładowa kapliczka, jedna z ~20 jakie w katedrze się znajdują. Każda była równie zdobna jak ta.


Przed katedrą znalazłem jeszcze pomnik Jana Pawła II - jeden z wielu znajdujących się w Meksyku.


Następnym moim celem był Palacio Nacional - Pałac Narodowy. Miałem niepowtarzalne szczęście, ponieważ w środku była wystawa tymczasowa na temat historii Hiszpanii, której głównym motywem byli Habsburgowie (m.in. Karol V i Filip II i III), trwająca do maja tego roku. Damn, ta ilość zbroi królewskich mnie po prostu przygniotła. Niestety obowiązywał zakaz fotografowania tej części. Udało mi się tylko potajemnie komórką pstryknąć oryginalny brewiarz :D


W Pałacu Narodowym jest również duży fresk przedstawiający historię Meksyku:



Meksykanie mają dobry patent na oświetlanie pomieszczeń, do których normalnie nie dochodziłoby światło słoneczne - robienie sufitu/podłogi w połowie z luksferów:



To by było tyle pokrótce z wycieczki po części Centro Historico - przede mną jeszcze Temple Mayor, a poza tym Chapultepec i Teotihuacan. I jeszcze jedna niespodzianka, o której nigdy mi się nie śniło, i której prawie żaden turysta nigdy nie przeżyje ;)

czwartek, 26 kwietnia 2012

Museo de la Ciudad de México

Ale zanim będzie o muzeum z tytułu - chwalę się :P takim oto smokiem leciałem:


I jeszcze zdjęcie z profilu:


A teraz już po pochwaleniu się moim smokiem pora parę słów o tytułowym muzeum powiedzieć.

Museo de la Ciudad de México - Muzeum Miasta Meksyk - w przewodnikach figuruje jako muzeum historyczne, z naciskiem na same początki Meksyku, i to nawet całego państwa a nie tylko stolicy. Takie tam przekrojowe z mapami, planami i rysunkami Doliny Meksyku od czasów 8 tys. lat p.n.e., informacjami na temat rozwoju państwowości czy modelami słynnych budowli. No i byłoby pięknie, jakby tak się rzeczywiście sprawa miała. Niestety coś się muzeum odwidziało i poza trzema - czterema pokojami typowo muzealnymi resztę powierzchni zajmowała wystawa sztuki nowoczesnej. 3-4 zł za wstęp to grosze i te 3-4 pokoje były ciekawe, ale jednak niedosyt pozostał. Całość znajduje się w takim o budynku (przewodnik mówi, że to siedziba hrabiowskiego rodu Santiago de Calimaya wybudowana w 1778 r.)


Natomiast z ciekawszych rzeczy jakie można tu było właśnie znaleźć był całkiem ciekawy zegar czy jakieś urządzenie muzyczne będące zapewne dziadkiem gramofonu.



Pani na portierni powiedziała, że historia wróci do muzeum jakoś w przyszłym roku. Z jednego z tarasów widać było na drugim z dziedzińców szykowanie jakiejś nowej wystawy, więc może ktoś następny co tu w przyszłym roku się pojawi zobaczy coś ciekawszego...



Jak zawsze zakręcony...


Pisane o 12:00 na lotnisku we Frankfurcie, tyle że bez internetów, to dopiero teraz wrzucam.

Raptem 5 godzin od ostatniego słowa ode mnie, a już prawie góry ruszałem. Jak zawsze zakręcony – myślałem że lot GDN-FRA mam o 10 z hakiem. No jednak nie, jest o 8.

W cache przeglądarki jeszcze się magiczny widok ostał

Na szczęście chwile po ostatnim wpisie otworzyłem stronę lotniska gdańskiego żeby zobaczyć o której to dokładnie boarding jest, a tam jak byk, że za pół godziny niecałe. Biegiem na dół, ojca ruszyć i jedziemy. Na check-inie byłem już na final callu, a nie dość że to, dostałem na dodatek ostatnie wolne miejsce (pamiętają jak pisałem – lecę jeśli mogę?). No, cudem się udało. Po części dlatego, że mnie już tutaj rozpoznają na terminalu i z daleka już witają. Bagaż mam nadany aż do Meksyku, a i boarding card na FRA-MEX też już sobie tutaj załatwiłem (i miejsc jest ponoć bardzo dużo wolnych), więc teraz już nie przewiduję żadnych problemów. Nooo, ale wcześniej też nie przewidywałem ;x

A godzina 10 wzięła mi się z tego, że między 6 a 15 z Rębiechowa lecą 2 loty do FRA i 2 do MUC, a że ostatnio *dużo* latałem każdym z nich, to wszystko mi się pomieszało. Teraz już będę pamiętał :P

13:25 boarding do samolotu (B747 :D) i ponad 11 godzin w powietrzu.

środa, 25 kwietnia 2012

Dzień przedpierwszy

Przedpierwszy, czyli wylotowy. I cały dzień, bo to z Gdańska do Meksyku to jakieś 18 godzin z transferem we Frankfurcie. I ściganie się ze słońcem nad Atlantykiem :D

Ale od początku - skąd mi się w ogóle ubzdurało jechać w miejsce, gdzie nerkę łatwo stracić. A więc w tym semestrze koleżanka miała być na Erasmusie w Belgii. I w tym czasie miała mieć jakąś przerwę przedsesyjną. Stwierdziłem, że pojadę do niej w odwiedziny, przy okazji coś sobie zwiedzając (no bo czemu by nie). Ale okazało się, że jednak nie jedzie, bo pewne sprawy wypadły i zostałem więc z urlopem dwutygodniowym w Polsce. Zacząłem więc kombinować co robić by z nudów nie umrzeć. A mam to szczęście, że jestem pracownikiem firmy lotniczej (może i pracuję w jej sektorze IT, ale to ciągle ta sama firma) i mam zniżkę na bilety prywatne na wszelkie loty w ramach firm należących do Star Aliance (tak w uproszczeniu). Meksyk jakoś przyszedł sam z siebie - Azję SE zostawiam sobie na później ;).

Ale niestety nie wszystko jest takie różowe - paszport odebrałem dopiero w poniedziałek (całe szczęście, że w ogóle, bo teoretyczny termin odbioru był na 2 maja), a bilety lotnicze...wczoraj! A to dlatego, że bilety zamawiać mogę dopiero po przepracowaniu 6 m-cy na etat w firmie. No ale zamówiłem, jakiemuś gościowi z Frankfurtu nr rezerwacji podałem, a znajomi będący akurat wczoraj tam na miejscu i tu wracający mi je odebrali. Ufff, mogę jecha...lecieć ;P Chociaż prawie mogę, bo to nie byłoby ekonomiczne dla firm, żeby tak sobie sprzedawały bilety zniżkowe jak leci, tak więc bilety te są w tzw. systemie standby - lecę, o ile jest wolne miejsce w samolocie. Z jednej strony rozumiem, jak przewoźnik ma do wyboru klienta płacącego X i swojego pracownika płacącego Y razy mniej, to ekonomicznie jasnym jest, co się opłaca, ale OTOH głupio utknąć gdzieś na lotnisku bo miejsca dla ciebie zabrakło (a w podróżach służbowych już nieraz tak miałem).

Kupiłem do tego przewodnik po Meksyku i jakieś rozmówki polsko-hiszpańskie (bo ja to nie hablam wcale), miejsce noclegowe zaklepałem (jak będzie w porządku to je nawet polecę), zostaje kwestia pieniądza (peso meksykańskie i pytanie - bankomat czy kantor lepszy) i gniazdek z prądem (1. inne dziurki, 2. mniejszy prąd; o ile przejściówkę na dziurki kupię sobie, to nie wiem, jak taki zasilacz od lapka czy ładowarka do komórki się będą zachowywać ze 127V).

No ale będę się całą resztą martwił na miejscu, celem dla przedpierwszego jest w ogóle trafić gdzie trzeba :)