Przedpierwszy, czyli wylotowy. I cały dzień, bo to z Gdańska do Meksyku to jakieś 18 godzin z transferem we Frankfurcie. I ściganie się ze słońcem nad Atlantykiem :D
Ale od początku - skąd mi się w ogóle ubzdurało jechać w miejsce, gdzie nerkę łatwo stracić. A więc w tym semestrze koleżanka miała być na Erasmusie w Belgii. I w tym czasie miała mieć jakąś przerwę przedsesyjną. Stwierdziłem, że pojadę do niej w odwiedziny, przy okazji coś sobie zwiedzając (no bo czemu by nie). Ale okazało się, że jednak nie jedzie, bo pewne sprawy wypadły i zostałem więc z urlopem dwutygodniowym w Polsce. Zacząłem więc kombinować co robić by z nudów nie umrzeć. A mam to szczęście, że jestem pracownikiem firmy lotniczej (może i pracuję w jej sektorze IT, ale to ciągle ta sama firma) i mam zniżkę na bilety prywatne na wszelkie loty w ramach firm należących do Star Aliance (tak w uproszczeniu). Meksyk jakoś przyszedł sam z siebie - Azję SE zostawiam sobie na później ;).
Ale niestety nie wszystko jest takie różowe - paszport odebrałem dopiero w poniedziałek (całe szczęście, że w ogóle, bo teoretyczny termin odbioru był na 2 maja), a bilety lotnicze...wczoraj! A to dlatego, że bilety zamawiać mogę dopiero po przepracowaniu 6 m-cy na etat w firmie. No ale zamówiłem, jakiemuś gościowi z Frankfurtu nr rezerwacji podałem, a znajomi będący akurat wczoraj tam na miejscu i tu wracający mi je odebrali. Ufff, mogę jecha...lecieć ;P Chociaż prawie mogę, bo to nie byłoby ekonomiczne dla firm, żeby tak sobie sprzedawały bilety zniżkowe jak leci, tak więc bilety te są w tzw. systemie standby - lecę, o ile jest wolne miejsce w samolocie. Z jednej strony rozumiem, jak przewoźnik ma do wyboru klienta płacącego X i swojego pracownika płacącego Y razy mniej, to ekonomicznie jasnym jest, co się opłaca, ale OTOH głupio utknąć gdzieś na lotnisku bo miejsca dla ciebie zabrakło (a w podróżach służbowych już nieraz tak miałem).
Kupiłem do tego przewodnik po Meksyku i jakieś rozmówki polsko-hiszpańskie (bo ja to nie hablam wcale), miejsce noclegowe zaklepałem (jak będzie w porządku to je nawet polecę), zostaje kwestia pieniądza (peso meksykańskie i pytanie - bankomat czy kantor lepszy) i gniazdek z prądem (1. inne dziurki, 2. mniejszy prąd; o ile przejściówkę na dziurki kupię sobie, to nie wiem, jak taki zasilacz od lapka czy ładowarka do komórki się będą zachowywać ze 127V).
No ale będę się całą resztą martwił na miejscu, celem dla przedpierwszego jest w ogóle trafić gdzie trzeba :)
Czytam, czytam, zapowiada się niezła impreza :D - bbrother ;-)
OdpowiedzUsuńMeksyk jest tak zajebisty ze juz Ci zazdrosze. Obiecałem sobie ze pojade tam znowu. Co do innego pradu to po zaplikowaniu przejsciowki telefonu radza sobie z nim dobrze, nie zauwazylem zeby cos zlego sie z telefonem dzialo. Laptop po 3 miesiecznym uzywaniu "innego" pradu defakto w US nie chce sie naladowac w 100%, staje na 98% i kuniec, ale bateria trzyma dalej tak samo. Rob zdjecia ile sie tylko da. Nie pij wody z Pacyfiku, jest kurewsko slona :P
OdpowiedzUsuńja Meksyk tylko historycznie, żadnego leżenia plackiem na plaży/kąpania się w oceanie, to nie dla mnie ;P
Usuń